Model grosza za stronę: rozwiązywanie problemu brakującego łącza w przychodach z Internetu

11

Internet zmienił wszystko. Przemyślał na nowo sposób, w jaki przetwarzamy informacje, prowadzimy handel i obliczamy. Co najważniejsze, dało ludziom bezpośredni dostęp do odbiorców na całym świecie. Przed pojawieniem się strony internetowej dotarcie do odbiorców na całym świecie było praktycznie niemożliwe. Teraz? To natychmiastowe. Każdy posiadacz komputera może publikować treści, a świat zobaczy je w ciągu kilku sekund. Kreatywność jest niesamowita. Codziennie pojawiają się tysiące nowych pomysłów. Potencjał wydaje się nieograniczony.

Ale w tej cyfrowej utopii jest ogromna dziura.

Publikowanie treści jest łatwe, ale zarabianie na nich już nie. Nie ma łatwego sposobu na zarabianie pieniędzy na tych stronach. Ten „brakujący element” zabił tysiące firm internetowych w latach 2000–2001. Internet zamienia się w pustynię. Pozostają giganci, tacy jak eBay, Yahoo i Amazon, ale nie pojawia się nic nowego na znaczącą skalę. Wiele pozostałych witryn wycofuje się do modelu subskrypcji.

Ta zmiana budzi poważne obawy.

Opłaty abonamentowe stwarzają dwa duże problemy dla użytkowników. Po pierwsze, zarządzanie dziesiątkami miesięcznych płatności to prawdziwy ból głowy. Wyobraź sobie płacenie miesięcznych opłat na rzecz Google, Yahoo, CNN i innych. Częsty użytkownik będzie miał zablokowany dostęp do niesubsydiowanych stron. Po drugie, wysokie ceny wykluczają ludzi. Stwarza to lukę pomiędzy „posiadającymi” i „nieposiadającymi” w dostępie do informacji. Takiego podziału jeszcze nie widzieliśmy.

Jedynym rozwiązaniem jest łatwy sposób na bezpośrednie zarabianie na witrynach internetowych za ich treść. Bez modelu przychodów firmy umierają. Ich treść znika. Model subskrypcyjny zawodzi, bo powoduje niedogodności dla użytkowników.

Stawka jest większa. Obietnica Internetu pozostaje niespełniona. Bez działającego modelu biznesowego Internet nie osiągnie pełnego potencjału. Weźmy księgarnie. Przechowują setki tysięcy publikacji papierowych. Przydatne byłoby posiadanie tych informacji w formie elektronicznej. Ale żadna z tych publikacji nie jest dostępna w Internecie. Nie ma możliwości zarobienia na nich pieniędzy. Jesteśmy zamknięci w publikacji papierowej ze względu na brak dobrego modelu biznesowego dla Internetu.

A gdybyśmy to zmienili?

A gdybyśmy stworzyli model biznesowy, który działa? Prosty, powszechny sposób na zarabianie na stronach internetowych bez subskrypcji. Gdybyśmy mogli rozwiązać ten problem, z pustyni wypłynęłyby nowe miejsca. Miliony stron internetowych udostępniałyby wszelkie możliwe treści i usługi. W gospodarce elektronicznej, którą obecnie widzimy dopiero w powijakach, powstałyby miliony miejsc pracy.

W artykule omówiono ideę „groszów za stronę”. To prosty model biznesowy w Internecie, który umożliwia witrynom internetowym otrzymywanie bezpośrednich płatności za ich zawartość od wszystkich osób korzystających z Internetu.

Dzielimy się tym pomysłem, aby społeczność internetowa mogła zobaczyć problem, jego konsekwencje i omówić rozwiązania. Jednym z możliwych rozwiązań jest model grosza za stronę. Może to mieć pozytywny wpływ. Nawet jeśli nigdy nie zostanie przyjęty, dyskusja będzie produktywna. W tej chwili zachodzi ogromna zmiana.

Wyzwanie stojące przed Internetem

Jak zbudować skuteczną e-gospodarkę w Internecie?

Początkowo sądzono, że reklama może wspierać bezpłatne witryny, takie jak bezpłatna telewizja czy radio. Prawie wszystkie witryny komercyjne przyjęły model „darmowych treści z płatnymi reklamami”. To był błąd. Dzięki niemu ogromna liczba witryn zbankrutowała.

Reklama w Internecie nie sprawdza się dobrze, bo Internet to nie telewizja i radio. Telewizja i radio są liniowe. Zmuszasz widza do obejrzenia reklamy przerywającej program. W Internecie jest inaczej. Wygląda jak książka lub czasopismo. Ludzie przychodzą czytać i oglądać zdjęcia. W dowolnym momencie mogą przejść do nowej strony lub przejść do innej witryny.

W przypadku małych witryn reklamy są jeszcze gorsze. Aby sprzedawać reklamy, musisz zatrudnić zespół sprzedaży. Reklamodawcy nie są zainteresowani małymi witrynami. Dla nich reklama nie jest rozwiązaniem. [Zobacz ten list od prezesa StockCharts.com, aby zapoznać się z interesującą dyskusją na temat sytuacji, w jakiej znajdują się małe i średnie strony internetowe.]

Idź do dowolnej księgarni. Nigdy nie zobaczysz darmowych książek. Rzadko można spotkać książki z reklamami. Ludzie płacą bezpośrednio za informacje, ponieważ są one dla nich cenne.

Wyzwaniem stojącym dziś przed Internetem jest niewłaściwy model biznesowy. Internet potrzebuje nowego, aby odnieść sukces. Aby w pełni wykorzystać swój potencjał. Internetowy model przychodów musi uwzględniać opłaty, podobnie jak książkowy model przychodów. Należy jednak wziąć pod uwagę nieskończoną i płynną naturę Internetu.

Obecne modele monetyzacji Internetu są zepsute. Polegają na agresywnej reklamie lub płatnych subskrypcjach, które odstraszają użytkowników. Istnieje alternatywa, która jest zaskakująco prosta: jeden cent za stronę.

Mechanizm jest prosty. Za każdym razem, gdy ładujesz stronę internetową — niezależnie od tego, czy jest to wyszukiwarka Google, artykuł w CNN, czy produkt w serwisie Amazon — płacisz jeden cent. Właściciel witryny otrzymuje ten cent. Żadnych przeszkód. Brak banerów wyrażających zgodę na pliki cookie. Brak pikseli śledzących. Wystarczy mikrotransakcja, aby uzyskać dostęp.

To nie jest tylko kwestia drobnych zmian. Chodzi o rozwiązanie zasadniczego rozbieżności pomiędzy wartością treści internetowych a generowanymi przez nie przychodami.

Przykład 1: Przyspieszenie wyszukiwarek

Poszukaj w Google. Codziennie przetwarza około 100 milionów wyświetleń stron. W modelu jeden cent za stronę oznacza to milion dolarów dziennie. Lub 350 milionów dolarów rocznie.

Czy Google potrzebuje kolejnych 350 milionów dolarów? Cena akcji mówi nie. Wyniki finansowe mówią „być może”. Ale spójrz na to z perspektywy rozwoju.

Google jest obecnie najlepszą dostępną wyszukiwarką. Ale to tylko zarys tego, czym mogą być poszukiwania. Obecnie innowację utrudnia konieczność zrównoważenia doświadczenia użytkownika z liczbą reklam. Gdyby Google dysponował dodatkowymi 200 milionami dolarów rocznie przeznaczonymi specjalnie na rozwój oprogramowania, wyobraźcie sobie skok w zakresie możliwości.

„Bezpłatny” to jedno z najbardziej lubianych słów w języku angielskim. Ale nie płacąc Google, pozbawiamy się korzyści, jakie przyniosłyby nasze płatności.

Bez tego źródła dochodu postęp będzie powolny. Dzięki niemu tempo innowacji w ciągu pięciu lat może być zawrotne. Kompromis jest jasny: płacisz jednego centa, aby uzyskać dostęp do technologii wyszukiwania nowej generacji.

Przykład 2: Eksplozja treści

Zastosuj ten model do dowolnej witryny bogatej w treść. CNN. New York Timesa. ESPN. Brytyjska. Salon. Pstrokaty głupiec. Nawet NASA.

Obecnie organizacje te mają trudności ze skutecznym zarabianiem na wysokiej jakości dziennikarstwie i materiałach informacyjnych. Reklamy pogarszają przyjemność czytania. Paywalle denerwują zwykłych czytelników. Model jednego centa za stronę rozwiązuje oba problemy.

Tworzy bezpośrednią motywację finansową do tworzenia większej liczby treści. Witryny będą miały możliwość zatrudnienia dodatkowych autorów, korektorów i redaktorów. Wynik? Pojawią się miliony nowych witryn z treścią. Nie będą to fabryki treści generujące spam; będą to centra jakości, które zatrudniają ludzi do tworzenia wartości.

Wpływ na szerzej rozumianą gospodarkę będzie znaczący. Większe dochody oznaczają więcej miejsc pracy w dziennikarstwie i tworzeniu informacji. Ilość i jakość danych dostępnych w Internecie gwałtownie wzrośnie.

Przykład 3: Demokratyzacja wiedzy specjalistycznej

Wyobraź sobie eksperta. Być może jest to analityk finansowy, projektant krajobrazu lub doświadczony mechanik.

Dziś mają dwie złe opcje:
1. Napisz książkę: Wymaga to ogromnego wysiłku z góry. Wydawcy biorą 90% dochodu. Tantiemy wynoszą około 10%. Dlaczego? Ponieważ koszt redakcji, drukowania, przechowywania, marketingu i dystrybucji pojedynczej książki wynosi co najmniej 100 000 dolarów. Z każdych 10 opublikowanych książek mniej niż połowa odzyskuje początkową inwestycję. Wydawca przejmuje ryzyko. Autor otrzymuje wynagrodzenie tylko wtedy, gdy książka stanie się bestsellerem.
2. Publikuj online: Publikacja jest bezpłatna. Ale można go również przeczytać bezpłatnie. Ekspert nie otrzymuje dolara za swoje wysiłki.

Żadna z tych opcji nie działa dobrze. Ścieżka z książką jest zbyt ryzykowna i kosztowna. Trasa przez Internet nie przynosi korzyści.

W modelu jeden cent za stronę miliony ekspertów mogłyby publikować swoją wiedzę i zarabiać na tym. Mechanik mógłby pisać codzienne wskazówki dotyczące naprawy hamulców. Doradca finansowy mógłby publikować cotygodniową analizę rynku. Obie strony otrzymywałyby przychody bezpośrednio od czytelników, którzy korzystają z treści.

Tradycyjni wydawcy również byliby zmuszeni do digitalizacji i odpowiedniego wyceniania swoich publikacji archiwalnych. Pula specjalistycznych informacji w Internecie przesunie się z ogólnego szumu do wyselekcjonowanej wiedzy specjalistycznej.

[* Często zadawane pytanie: Dlaczego autorzy dostają tylko 10%? To nie jest chciwość. To jest koszt wejścia. Drukowanie tysięcy egzemplarzy, przechowywanie i dystrybucja jest kosztowne. Większość książek nie osiąga minimalnego kosztu 100 000 dolarów. Wydawcy płacą tantiemy w nadziei, że kilka odsłon pokryje straty wielu niepowodzeń.]

Przykład 4: Odkrywanie ukrytych pomysłów

Pomyśl o właścicielu małej firmy lub deweloperze z genialnym pomysłem na usługę internetową. Spędza setki godzin tworząc narzędzie, które naprawdę pomoże użytkownikom.

Następnie staje przed rachunkiem za hosting. I z kosztami marketingu. I ze świadomością, że nie ma jasnego sposobu na monetyzację tego pomysłu.

Jeśli użytkownicy nie zapłacą, pomysł umrze. Tysiące przydatnych narzędzi nigdy nie powstaje. To jest pułapka stagnacji. Mamy nadwyżkę talentów i pomysłów, ale brakuje realnych modeli monetyzacji produktów niszowych.

Model jednego centa za stronę usuwa barierę w monetyzacji. Tworzysz narzędzie. Użytkownicy płacą za korzystanie z niego. Pokrywasz koszty hostingu. Osiągasz zysk. Równanie stagnacji załamuje się.

Kontrola rzeczywistości

Model ten zakłada, że ​​użytkownicy są skłonni do dokonywania mikrotransakcji w Internecie. Zakłada, że ​​przeglądarki czy dostawcy usług internetowych poradzą sobie z ciężarem przetwarzania wielomilionowych transakcji na sekundę.

To nie jest idealny system. Opłaty transakcyjne mogą pochłonąć ten grosz. Tarcie może być denerwujące dla użytkownika. Ale porównaj to z obecnym stanem rzeczy: reklamami śledzącymi każdy Twój ruch, płatnymi ścianami ukrywającymi informacje lub cichą dewaluacją wiedzy specjalistycznej.

Cent jest mały. Ale zmiana w strukturze zachęt jest ogromna. Przestajemy konsumować za darmo i zaczynamy konsumować dla wartości. Pytanie nie brzmi, czy jest to technicznie możliwe. Pytanie, czy jesteśmy zmęczeni obecnymi warunkami.

Jak rezonans wirusowy stymuluje rozwój zasobów sieciowych

Widzimy to cały czas. Strona zaczyna się jako osobisty projekt. Być może jest to blog, narzędzie lub dziwne, niszowe forum. A potem nagle jest wszędzie. Ten gwałtowny wzrost nie oznacza szczęścia. To jest rezonans.

Rezonans to po prostu wymyślna nazwa podstawowego ludzkiego zachowania. Kiedy ktoś znajdzie witrynę, która naprawdę mu się podoba, dzieją się dwie rzeczy. On wraca. I opowiada o tym swoim znajomym. Ten cykl – utrzymanie połączone z dystrybucją poleceń – to silnik, który zwiększa liczbę odbiorców z dnia na dzień.

Spójrz na Napstera. To klasyczny przykład. Gdy ludzie zrozumieli, jak z niego korzystać, prawdopodobieństwo powrotu było ogromne. Istniała także możliwość zabrania ze sobą znajomego. Wynik? Od zera do 50 milionów odwiedzających miesięcznie w około sześć miesięcy. To nie jest marketing. To jest grawitacja.

Dolny próg wejścia

Internet wyeliminował cenzurę. Każda osoba lub firma na świecie może stworzyć stronę internetową i dotrzeć do odbiorców na całym świecie. Nie potrzebujesz studia. Nie potrzebujesz dyplomu. Potrzebujesz tylko komputera.

Dziesięciolatki mogą opanować technologię. Każdy, kto ma dostęp, ma narzędzia. Żyjemy w historycznej anomalii, w której wolność słowa i globalna dystrybucja treści są praktycznie nieograniczone. Ale tu jest haczyk: jest dostęp. Potencjał jest ogromny. Rezonans wyłoni zwycięzców.

Brakuje jednak jeszcze jednego elementu. W tej chwili nie ma łatwego sposobu na bezpośrednie skorzystanie z innowacyjnego pomysłu na stronę internetową. Możesz publikować, ale nie zawsze możesz zarobić, nie przestrzegając starych zasad.

Model centów na stronę

Wyobraź sobie system, w którym każda wizyta na stronie generuje dochód. Powiedzmy cent za stronę. Tworzy to samowystarczalną mieszankę kreatywności i biznesu. To jest natychmiastowe publikowanie z natychmiastowym dochodem dla każdego, kto ma dostęp do Internetu.

Dlaczego to jest ważne?

Ponieważ zmienia profil ryzyka. W tym modelu miliony ludzi mogą testować miliony pomysłów. Jeśli pomysł się sprawdzi, twórca odniesie bezpośrednią i natychmiastową korzyść. Nie ma potrzeby poszukiwania kapitału wysokiego ryzyka. Nie ma potrzeby wymyślania skomplikowanych modeli reklamowych. Nie ma potrzeby zatrudniania zespołu sprzedaży, aby wyjaśniał, czym się zajmujesz.

Bogactwo i różnorodność treści internetowych eksploduje. Osoby fizyczne i małe firmy będą wreszcie mogły uchwycić wartość, którą tworzą. Osoba ze świetnym pomysłem może niemal natychmiastowo zarobić znaczne pieniądze, kierując się wyłącznie rezonansem.

Czy to jest sprawiedliwe? Może. Czy to jest skuteczne? Absolutnie.

Technologia jest gotowa. Zachowanie zostało udowodnione. Jedyną rzeczą, która powstrzymuje ten rozwój, jest model biznesowy. Kiedy to się zmieni, śluzy nie zostaną tak po prostu otwarte. Znikną.

Pomysł płacenia ułamka centa za treści internetowe wydaje się wielu absurdalny. Ludzie sprzeciwiają się pomysłowi płacenia za sam Internet. Jednak każdy użytkownik posiadający połączenie domowe płaci już miesięczną opłatę dostawcy usług internetowych (ISP). Niezależnie od tego, czy jest to konto AOL, MSN czy Earthlink, rachunek wynosi około dwudziestu dolarów miesięcznie.

Ale jest pewien haczyk: strony internetowe, które same dostarczają treści, nie dostają z tych pieniędzy ani grosza.

Krytycy twierdzą, że użytkownicy zbuntują się przeciwko systemowi jednego centa za stronę. Ale spójrzmy na rzeczywistość. Płacimy już za telewizję kablową, gazety, czasopisma, rozmowy telefoniczne, usługi katalogowe, kasety VHS, DVD, usługi pay-per-view, płyty CD, książki, dzwonki, a nawet kursy uniwersyteckie. Fakt, że treści internetowe pozostają bezpłatne, jest historyczną anomalią. Trzymając się idei „całkowicie darmowego” Internetu, pozbawiamy się wysokiej jakości usług, które mogłyby istnieć, gdyby twórcy treści otrzymywali wynagrodzenie.

Model „jeden cent za stronę” został wybrany specjalnie ze względu na znikomy koszt. Spójrzmy na stosunek ceny do wartości:

Chcesz otrzymać od Google dziesięć najtrafniejszych linków do przenośnych defibrylatorów? Jeden cent to tylko prezent.
Chcesz zobaczyć, co klienci myślą o konkretnej książce na Amazon? Jeden cent pozwala przeczytać dziesięć recenzji.
* Czy piszesz pracę semestralną na temat Afganistanu? Dane historyczne Britannica kosztują jednego centa.
*Potrzebujesz numeru telefonu lub mapy z PeopleSearch lub MapQuest? Jeden cent pomoże Ci je znaleźć.

Pytania te wydają się śmieszne, bo odpowiedź jest oczywista – tak. Obecnie za pomoc techniczną można zapłacić dolara. Jeden cent to tylko niewielki ułamek tej kwoty.

Miesięczne koszty dla przeciętnego użytkownika pozostaną niskie. Osoba sprawdzająca ceny akcji, pogodę lub najświeższe wiadomości może przeglądać od 25 do 50 stron dziennie. Przekłada się to na 5-15 dolarów miesięcznie za treść. Nawet w najgorszym przypadku – gdy ktoś spędza osiem godzin dziennie przy komputerze i przegląda nową stronę co dwie minuty przez dwadzieścia dni – koszt wynosi maksymalnie 48 dolarów. To skrajny wyjątek. Dla większości osób koszty będą minimalne.

Alternatywy o stałej cenie

Model jednego centa za stronę nie jest jedynym sposobem finansowania rozwoju stron internetowych. Głównym celem jest zapewnienie bezpośredniej rekompensaty stronom internetowym, aby mogły przetrwać i prosperować. Alternatywą jest model ze stałą ceną.

Wyobraź sobie miesięczną subskrypcję w wysokości 10 lub 20 USD. Strony internetowe nie otrzymają dokładnie jednego centa za każde wyświetlenie. Zamiast tego otrzymają część tej opłaty proporcjonalnie do ich udziału w Twoim ruchu. Jeśli 10% odsłon Twojej strony w miesiącu pochodzi z CNN, CNN otrzyma 10% Twojego abonamentu.

Rozwiązuje to główną obawę związaną z cenami opartymi na użytkowaniu: otwarte, nieprzewidywalne koszty. Dzięki stałej stopie procentowej wiesz dokładnie, ile zapłacisz. Strony internetowe nadal zarabiają na wolumenie ruchu. Wdrożenie może być proste. Dostawcy usług internetowych mogliby pobierać stałą opłatę i rozdzielać ją pomiędzy witrynami w oparciu o dostępne im statystyki ruchu.

Wolisz płacić abonament czy śledzić każde kliknięcie? Obecny model zrywa związek między wartością a wynagrodzeniem. Naprawienie tego wymaga systemu, który ma sens zarówno dla użytkownika, jak i twórcy treści. Istnieją technologie umożliwiające śledzenie i dystrybucję tych mikropłatności. Opór ma charakter kulturowy, a nie techniczny.

Rzeczywistość cen: jeden cent za stronę

Choć na papierze wygląda jak czysty i przejrzysty model, pobieranie jednego centa za wyświetlenie strony staje się w praktyce logistycznym koszmarem. Istnieją tylko trzy sposoby wdrożenia tego schematu: witryny robią to samodzielnie, dostawcy usług internetowych (ISP) zajmują się rozliczeniami lub szersza społeczność internetowa tworzy jeden standard.

Wyjaśnijmy sobie, dlaczego pierwsza opcja nie działa. Gdy jedna witryna próbuje pobierać opłaty indywidualnie, użytkownicy opuszczają witrynę. Służą do uwalniania treści. Aby model płatności za stronę działał, cała sieć musi działać zsynchronizowana. Jeśli strona A ładuje się, a strona B nie, model natychmiast się psuje.

Zarządzanie rozliczeniami przez dostawców usług internetowych jest najbardziej praktyczną drogą, pod warunkiem, że uda im się uzgodnić sprawiedliwy i jednolity dla wszystkich model. Jeśli nie uda się osiągnąć porozumienia, pomysł ten jest od początku skazany na porażkę.

Tradycyjna ścieżka rozwoju Internetu wygląda inaczej. Istniejące organy normalizacyjne opracowują protokół, a społeczność wdraża go na zasadzie non-profit. Lub tysiąc największych lokalizacji łączy się, aby zapewnić jeden system. Oto jak to wygląda w akcji.

Jak działa ujednolicony system rozliczeniowy

Aby system płatności jeden cent za stronę działał, 1000 najpopularniejszych witryn internetowych musi zgodzić się na przejście na niego w określonym dniu. Potrzebują jednolitego systemu. Jeśli niektóre witryny dołączą, a inne pozostaną z daleka, nastąpi taka sama fragmentacja, która zakłóca obecnie pobieranie opłat w jedną stronę. Model rozliczeń powinien być także niezwykle prosty. Użytkownicy powinni otrzymać jeden przejrzysty rachunek. Jeśli system będzie bardziej złożony, cały pomysł zakończy się fiaskiem.

Społeczność może założyć nową spółkę non-profit, która będzie zarządzać tym procesem. Organizacja ta będzie zarządzać przepływem pieniędzy od odbiorców do twórców treści. Odzwierciedla to model używany do rejestracji nazw domen: standaryzowany, neutralny i niekomercyjny. Korporacja ta będzie pobierać opłatę za przetwarzanie płatności, ograniczoną do około pięciu procent, w celu pokrycia swoich kosztów.

Korporacja non-profit będzie dostępna dla każdej witryny internetowej. Każda witryna może się zarejestrować i otrzymywać płatności. Proces powinien być niewiarygodnie prosty, porównywalny do przepływu pieniędzy do sprzedawców na platformach takich jak eBay czy Half.com.

Samo rozliczenie może zostać przeprowadzone przez tę korporację lub za pośrednictwem dostawcy usług internetowych klienta. W tym drugim przypadku dostawcy zatrzymają niewielką opłatę manipulacyjną na pokrycie kosztów administracyjnych.

Kluczem jest tu pośrednik non-profit. Jego zadaniem jest zapewnienie jak najbardziej uczciwego i bezstronnego procesu. Siła sieci leży w równych szansach dla wszystkich. Każdy, kto ma komputer, może kupić domenę i uruchomić stronę internetową. Nie ma tu żadnej hierarchii społecznej. Popularne witryny powstają w wyniku rezonansu z odbiorcami, a nie tego, kto płaci więcej za uczestnictwo.

Populistyczna sieć oznacza równy dostęp do systemów płatności. Bezstronny model bez drapieżnych pośredników stymuluje innowacje. To jest cel.

Wprowadzenie taryfy ryczałtowej

Wdrożenie stawek ryczałtowych jest jeszcze łatwiejsze niż naliczanie opłat za stronę. Wyobraź sobie miesięczną subskrypcję treści internetowych za 10 USD. Istnieją dwa główne sposoby wdrożenia tego schematu.

Dostawcy Internetu pobierają opłaty

Trzej lub czterej główni dostawcy Internetu mogą zacząć pobierać od użytkowników stałą opłatę w wysokości 10 dolarów miesięcznie. Rozdadzą te pieniądze pomiędzy stronami internetowymi na podstawie wielkości ruchu. Strony internetowe uczestniczące w tym programie będą blokować dostęp każdemu, kto nie korzysta z usług tych konkretnych dostawców. Inni dostawcy będą mieli silną motywację do przyłączenia się do pobierania płatności, gdy znaczna część przestrzeni internetowej stanie się czarna dla osób nie wywiązujących się z płatności.

Strony internetowe same to wdrażają

Alternatywnie, 1000 najpopularniejszych witryn internetowych mogłoby zdecydować o pobraniu opłaty w wysokości 10 USD za pośrednictwem osobnej firmy, podobnie jak w przypadku modelu non-profit opisanego powyżej. Firma ta będzie monitorować ruch i odpowiednio dystrybuować środki. Każdy użytkownik, który nie zapłaci 10 dolarów, zostanie zablokowany w całym konsorcjum. Inne strony internetowe będą mogły dołączyć później i zacząć otrzymywać wypłaty, poszerzając pulę treści dostępnych dla subskrybentów.

Dlaczego model ustalania cen według grosza za stronę faktycznie ma sens

Zastanawiasz się, czy grosz za stronę to odpowiednia kwota? To proste. To jest jasne dla wszystkich. Nie zniechęca to użytkowników, ale zapewnia właścicielom witryn wystarczający dochód, aby miało to znaczenie. Pół centa też by się przydało. Dwa centy też mogą się przydać. Społeczność internetowa może dostosowywać te liczby, aż będą wydawać się optymalne.

W przypadku modelu z opłatą ryczałtową użytkownicy prawdopodobnie będą płacić stałą opłatę w wysokości od 10 do 20 dolarów miesięcznie.

Dlaczego należy naliczać opłatę za wyświetlenie strony, a nie za bajt?

Jeśli pobierasz opłatę za bajt, ludzie będą zwiększać rozmiar swoich obrazów i uciekać się do najróżniejszych dziwnych sztuczek, aby zawyżać rozmiar swoich stron.

Czy witryny nie będą dzielić treści na niezliczone strony, jeśli za każdą otrzymają grosz?

Prawdopodobnie nie. Reklama banerowa spowodowała już większą fragmentację treści, niż kiedykolwiek zobaczymy. Jeśli witryny za bardzo fragmentują treść, stracą atrakcyjność i znikną.

Dlaczego ceny powinny zostać ujednolicone?

Być może, ale to skomplikuje sprawę. Wyobraź sobie, że przeglądasz listę stron w Google i chcesz kliknąć jedną z nich. Zanim klikniesz link, musisz dokładnie sprawdzić, czy witryna będzie pobierać opłatę w wysokości 100 USD za stronę zamiast jednego centa. Jeśli model cenowy jest ujednolicony, możesz bez obaw przejść do dowolnej strony, tak jak robisz to dzisiaj.

Co zrobić ze strumieniowym przesyłaniem audio i wideo?

Przesyłanie strumieniowe wideo jest wyjątkowe, ponieważ zużywa znaczną przepustowość. 10-minutowy film przesyłany strumieniowo z szybkością 300 Kb/s zużywa ponad 20 megabajtów przepustowości, a przesłanie go do widza może kosztować witrynę internetową od 10 do 20 centów. Model pay-per-view może być właściwym podejściem. A może dziesięć centów za transmisję. Gdyby artyści automatycznie i bezpośrednio otrzymywali dziesięciocentówkę za każdym razem, gdy ktoś pobrał plik MP3 z ich piosenką, wywołałoby to niesamowitą rewolucję muzyczną.

Co powstrzymuje witryny przed spamowaniem użytkowników w celu opróżnienia ich portfeli?

Mechanizm rozliczeniowy powinien śledzić i wykluczać opłaty za takie działania, a także za strony, które są automatycznie aktualizowane, strony z błędami, strony nieistniejące, strony, do których doszło po kliknięciu przycisku Wstecz, strony zduplikowane i tak dalej.

Czy oprócz modelu grosza za stronę możemy zastosować model opłaty ryczałtowej?

Jak omówiono na tej stronie, opłata ryczałtowa byłaby niezwykle łatwa do wdrożenia i wyeliminowałaby jeden z głównych zastrzeżeń wielu osób wobec koncepcji grosza za stronę.

Odpowiedzi na zastrzeżenia

Czytelnicy zgłosili szereg zastrzeżeń do pomysłu grosza za stronę. Poniżej znajduje się lista najczęstszych zastrzeżeń wraz z odpowiedziami na każdy z nich.

Zastrzeżenie nr 1 – Niemożliwe jest wprowadzenie „groszów za stronę”.

Istnieją różne odmiany tego zarzutu, począwszy od „braku możliwości śledzenia ruchu”, „brak możliwości utworzenia konta”, aż po „brak możliwości zbierania pieniędzy”. Obecnie dostawcy usług internetowych (ISP), a także strony internetowe dysponują kompleksowymi narzędziami, które pozwalają im śledzić każdą stronę przeglądaną przez każdego odwiedzającego. Strony trzecie mogą również monitorować ruch – na przykład zobacz Hitbox.com. Dostawcy już wystawiają rachunki dziesiątkom milionów ludzi miesięcznie. Implementacja jest prosta i prosta.

Zastrzeżenie nr 2 – Grosz za stronę stanowi naruszenie prywatności

Wiele osób twierdzi, że firma pobierająca opłatę groszową za stronę dysponowałaby pełną listą wszystkich witryn odwiedzanych przez każdego użytkownika, co stanowi naruszenie prywatności. Sytuacja dotycząca grosza za stronę nie różni się od sposobu, w jaki Twój operator telekomunikacyjny prowadzi pełną listę wszystkich Twoich połączeń lub sposobu, w jaki Twój operator karty kredytowej prowadzi pełną listę wszystkich sklepów, w których dokonałeś zakupów. Do tej pory istnieje duża szansa, że ​​Twój dostawca usług internetowych i pracodawca/szkoła mają już pełny zapis każdej odwiedzanej przez Ciebie strony.

Zastrzeżenie nr 3 – „Grosz za stronę” uniemożliwi wyszukiwarkom indeksowanie witryn

Sedno zarzutu polega na tym, że choć Google zarobi dużo pieniędzy na pomyśle dotyczącym groszy za stronę, będzie musiał zapłacić jeszcze więcej za indeksowanie wszystkich śledzonych witryn. Istnieją dwie możliwe odpowiedzi na ten zarzut:

  • Google indeksuje około 2 miliardów stron, ale nie robi tego codziennie. Załóżmy, że Google cztery razy w roku przegląda wszystkie 2 miliardy stron. Oznacza to, że Google będzie wydawać 80 milionów dolarów rocznie na indeksowanie sieci, co jest niewielką ceną w porównaniu z 350 milionami dolarów rocznych przychodów (przychody Google opisano w przykładzie na tej stronie).

  • Google może pobierać od witryn opłaty za ich indeksowanie. Strony natychmiast odzyskają te pieniądze, gdy Googlebot do nich przyjdzie i zapłaci grosza za stronę.

Zastrzeżenie nr 4 – Kraje Trzeciego Świata i inne populacje znajdujące się w niekorzystnej sytuacji nie będą już miały dostępu do bezpłatnego Internetu

To jeden z najbardziej nieoczekiwanych zarzutów. Istota tego jest taka, że ​​„biedni ludzie i ludzie z krajów trzeciego świata nie będą mogli przeglądać Internetu, jeśli będą musieli za to zapłacić”. Zarzut ten pomija fakt, że aby uzyskać dostęp do Internetu:

  • Ludzie muszą płacić za komputery, aby przeglądać Internet;
  • Ludzie muszą płacić firmie energetycznej za włączenie ich komputerów;
  • Ludzie muszą płacić swoim dostawcom dostępu do Internetu za podłączenie swoich komputerów do sieci.

Jeśli biedni ludzie mogą płacić za wszystkie te inne usługi, dlaczego płacenie za treści jest złe?

Powszechnym rozwiązaniem zapewniającym dostęp do Internetu osobom znajdującym się w niekorzystnej sytuacji jest bezpłatny dostęp publiczny. Biblioteki, szkoły i inne organizacje publiczne płacą za komputery, prąd i dostęp do Internetu, udostępniając je bezpłatnie społeczeństwu. Te same organizacje mogą również płacić za treści.

Zastrzeżenie nr 5 – „Penny a Page” jest zbyt otwarte (niejasne)

Koszt intensywnego miesiąca surfowania

Bądźmy realistami w kwestii konsumpcji. Zapalony użytkownik Internetu może z łatwością zarobić 100 dolarów w ciągu jednego miesiąca, jeśli pozostanie aktywny w Internecie. W tej kwocie przyjęto koszt strony wynoszący jeden cent, co odpowiada 10 000 odsłonom strony. Czy to nadmierne? Dziesięć tysięcy stron to około 20–30 książek. Jeśli kupiłeś te same książki w wersji drukowanej, zapłaciłbyś od 200 do 600 dolarów. Płacenie 100 dolarów za cyfrowy odpowiednik wydaje się rozsądne i nie wygórowane.

Dla użytkowników, którzy boją się zmiennych cen, realne pozostają alternatywy ze stałymi opłatami lub miesięcznymi limitami. Takie modele całkowicie eliminują niepokój związany z nieprzewidywalnymi rachunkami. Jednak dla tych, którzy chcą płacić tylko za to, co konsumują, model płatności za stronę jest godny uwagi.

Zastrzeżenie: płacenie za śmieci

Częstym problemem jest ogromna ilość materiałów niskiej jakości dominujących w wynikach wyszukiwania. Argument jest następujący: dlaczego mam płacić za niepotrzebne witryny?

Rozwiązanie polega na dokładnej kontroli. Użytkownicy powinni mieć możliwość ustawienia bezpłatnego limitu – na przykład jednej, trzech lub pięciu odsłon – dla dowolnej domeny. Jeśli strona okaże się śmieciowa, pierwsze wizyty będą bezpłatne. Co ważniejsze, użytkownicy mogą trwale zablokować domenę. Po zablokowaniu nie płacisz ani grosza, aby odwiedzić go ponownie. Masz kontrolę nad tym, co konsumujesz.

Zastrzeżenie: 1000 najlepszych witryn nie będzie współpracować

Rzeczywiście osiągnięcie jednomyślności wśród 1000 najczęściej odwiedzanych witryn jest trudne. Bez nich system działa z trudem. Jeśli duzi gracze odmówią udziału, mniejsze witryny drugorzędne będą miały niewielką motywację do pobierania opłat za treść. Zostaną one zastąpione darmowymi alternatywami.

Ale rozważ przeciwne zagrożenie. Jeśli najpopularniejsze witryny zaczną się pobierać, ekosystem się zmieni.

Sprzeciw: nigdy nie zapłacę za treść

Zdecydowana mniejszość twierdzi, że nigdy nie będzie płacić za treści w Internecie. Grożą opuszczeniem sieci i przejściem do innych witryn. Stanowisko to ignoruje dwa istotne fakty dotyczące funkcjonowania gospodarki internetowej.

Po pierwsze, jeśli 1000 najpopularniejszych witryn zacznie pobierać opłaty, prawie każdy inny dostawca treści pójdzie ich śladem, aby wygenerować przychody. Mniejszość „nigdy nie płacąca” nie znajdzie bezpłatnych witryn do odwiedzenia. Mogą pojawiać się nowe bezpłatne strony internetowe, ale bez modelu monetyzacji nie mogą one istnieć. Ich zawartość będzie minimalna. Gdy zyskają popularność, oni również przyjmą system jednego centa za stronę, aby utrzymać się na rynku.

Po drugie, spójrz na wskaźniki wykorzystania innych mediów. Osoby, które nie chcą płacić za treści internetowe, to ta sama grupa demograficzna, która unika telewizji kablowej lub nie ma telefonu domowego. Jednak pomimo tego oporu branża telewizji kablowej i telekomunikacji osiągnęła ogromny zasięg. Grupa „nigdy nie płacących” to niewielka grupa marginalna. Są wyjątkami, a nie normą.

Zastrzeżenie: jest zbyt drogie dla szkół i firm

Spójrzmy na edukację. Szkoły wydają obecnie miliardy dolarów na podręczniki. Jeden podręcznik uniwersytecki kosztuje około 50 dolarów, a studenci płacą tę kwotę co semestr. W tym kontekście miesięczna opłata w wysokości 10–20 dolarów na studenta jest okazją. Obejmuje znacznie więcej niż jedną książkę. W przypadku biznesu logika jest podobna: lepszy jest dostęp do szerszego zakresu informacji po przewidywalnych i możliwych do zarządzania kosztach niż chaos związany z niekontrolowanym zużyciem danych.

Zarzut: magnaci medialni kupią wszystko

Krytycy obawiają się, że takie postacie jak Rupert Murdoch i Ted Turner wykupią wszystkie dobre witryny, gdy tylko staną się one rentowne. Ten strach zakłada, że ​​obecny krajobraz im sprzyja.

Obecnie strony internetowe mają niewielką wartość lub nie mają jej wcale, ponieważ nie mogą generować bezpośredniego dochodu. Gdyby Murdochowie i Turnerowie chcieli, teoretycznie mogliby dziś kupić cały Internet. Ale rentowność zmienia równowagę sił. Jeśli witryny mogą generować dochód, twórcy zyskują siłę przetargową. Mogą konkurować. Jeśli duże koncerny medialne będą chciały kupić te witryny, będą musiały negocjować z właścicielami, którzy mają realny model biznesowy. To chroni twórców, a nie ich zagłusza.

Zastrzeżenie: zamiast tego użyj subskrypcji

Wielu twierdzi, że witryny powinny po prostu korzystać z tradycyjnych modeli subskrypcji. I naprawdę to robią. Możesz subskrybować The Wall Street Journal za 8 dolarów miesięcznie. Britannica kosztuje 6 dolarów miesięcznie. Questia oferuje swoją bibliotekę internetową za 20 dolarów miesięcznie.

Wyobraź sobie, że Yahoo, CNN, Google i setki innych firm przyjęły ten model. Tylko pięć powyższych przykładów kosztowałoby około 500 dolarów rocznie. Ale to tylko pięć. Aby przeprowadzić ogólne badania, będziesz potrzebować kilkudziesięciu subskrypcji. Spędzisz wiele godzin projektując każdy z osobna. Roczne koszty mogą sięgać tysięcy dolarów.

Ta fragmentacja sprawia, że ​​ogólne badania sieci są prawie niemożliwe. Uniwersalny model jednego centa za stronę konsoliduje to w jednym rachunku. Ułatwia to dostęp.

Podejście oparte na „wolnej sieci” przynosi obecnie odwrotny skutek. Tłumi nowe obiekty, pozbawiając je źródeł dochodu i zmusza istniejące do zamykania. Model jednego centa za stronę oferuje zrównoważoną alternatywę, równoważącą koszty, dostęp i jakość w sposób, którego nie mogą zapewnić ani czysta reklama, ani twarde subskrypcje.

Cena za darmo

Wyobraź sobie sieć, w której każde kliknięcie ma mikroskopijną cenę. Nie abonament. Nie reklama. Dosłownie grosze za każdą obejrzaną stronę. Przez dziesięciolecia zakładaliśmy, że treści powinny być bezpłatne, ale założenie to zasadniczo zmieniło gospodarkę. W tym równoległym wszechświecie sieć nie jest cmentarzem porzuconych projektów. To jest ruchliwy rynek.

Różnica jest oczywista. Dziś innowacje są tłumione. Dlaczego? Ponieważ większość pomysłów internetowych nie generuje dochodu. Bez bezpośredniej ścieżki zysku programiści nie tworzą produktów. Wydawcy nie digitalizują materiałów. Zamiast tego cenne informacje pozostają ukryte w druku. Tysiące książek gromadzi się na półkach, ponieważ nie ma realnego modelu biznesowego dla ich cyfrowych odpowiedników. Tracimy potencjalną treść. Tracimy prędkość.

Gdyby istniał system mikropłatności, krajobraz zmieniłby się z dnia na dzień. Weźmy muzyka. Gdyby artysta zarabiał grosze za każdym razem, gdy ktoś odsłuchał jego utwór, branża wyglądałaby zupełnie inaczej. To samo dotyczy pisarzy, ekspertów i właścicieli małych firm. Dziś wygrywają tylko giganci. Mają działy sprzedaży. Mają sieci reklamowe. Mają skalę. Mała witryna z genialnym pomysłem nic nie daje. On umiera z głodu.

Przełamanie monopolu na uwagę

Obecny model przedkłada wielkość nad wartość. Przedkłada przynętę na kliknięcie nad dogłębną analizę. To nieskuteczne. To spowalnia rozwój. To zniechęca do inwestycji.

Inną możliwością jest stała opłata miesięczna pobierana przez dostawców usług internetowych i rozdzielana w zależności od ruchu. Lub model bezpośredniego transferu. Mniej ważny jest mechanizm niż wynik: bezpośrednia zapłata dla twórcy. Kiedy twórcy otrzymują zapłatę, tworzą więcej. W miarę jak tworzą więcej, sieć staje się bogatsza.

Pomyśl o użyteczności. Czy zapłaciłbyś ani grosza, aby natychmiast znaleźć numer telefonu? Uzyskać mapę do wybranej lokalizacji? Odpowiedzieć na konkretne pytanie bez przeglądania reklam? Wartość tam jest. Istnieje gotowość do zapłaty. Po prostu nie ma infrastruktury.

Płacimy ukrytą cenę za „bezpłatne” treści. Ta cena to stagnacja. To stracone szanse. To sieć, która rośnie wolniej niż mogłaby.

Efekt falowania

Nie chodzi tylko o pieniądze. Mówimy o kondycji ekosystemu informacyjnego. Gdyby małe witryny mogły przetrwać dzięki mikropłatnościom, zaobserwowalibyśmy eksplozję treści niszowych. Specjalistyczna wiedza. Zlokalizowane usługi. Niezależne dziennikarstwo.

Obecny system zmusza wszystkich do konkurowania o te same pieniądze z reklam. Ujednolica treść. Wypiera to, co niezwykłe. Model mikropłatności pozwoliłby rozkwitnąć temu, co niezwykłe. Nagradzałoby to jakość, a nie wirusowość.

Czy warto wydać złotówkę? Dla użytkownika – tak. Dla sieci – absolutnie. Ale teraz gramy przeciwko własnemu potencjałowi. Wybieramy powolny, nasycony reklamami internet zamiast szybkiego, zróżnicowanego i bezpośrednio finansowanego.

Istnieją technologie. Koncepcja jest prosta. Bariera jest kulturowa. Musimy przestać postrzegać treści jako coś, co powinno być bezpłatne, i zacząć postrzegać je jako coś, co powinno mieć wartość.

Jeśli się pomylimy, stracimy dekadę innowacji. Jeśli zrobimy to dobrze, otworzymy nową gospodarkę. Wybór jest binarny. Czas na działanie jest teraz.

Powiązane tematy obejmują struktury marketingu afiliacyjnego, mechanikę reklamy banerowej i szerszą infrastrukturę e-commerce. Aby uzyskać głębsze informacje, przejrzyj dyskusje na StockCharts.com, poglądy Scotta McClouda na temat płatnych treści oraz analizy ekonomiczne przeprowadzone na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Zasoby te podkreślają napięcie między bezpłatnym dostępem a tworzeniem treści w sposób zrównoważony.