Cmentarz projektów Google, które ukształtowały współczesną sieć

11

Google jest wszędzie. Jest na Twoim telefonie. Jest w wynikach wyszukiwania. Śledzi Twoją lokalizację. Publikuje nawet blogi. To nie jest nic nowego. Tak teraz działa Internet. Android obsługuje większość urządzeń mobilnych na świecie. Google osiągnął to tworząc własne technologie i kupując obiecujące startupy. Widzieli przyszłość. Działali szybko.

Ale nie każdy eksperyment kończy się sukcesem.

Google próbuje wszystkiego. Rzucają pomysłami na ścianę. Czasami coś się trzyma. Częściej niż nie. To nie jest błąd. To jest funkcja. Firma cały czas znajduje się w fazie beta. Czy tracisz produkt? Najlepsze części zwykle przetrwają. Są one zintegrowane z innymi projektami. To jest wzór. Teraz patrzymy na porażki. Nie po to, żeby się z nich śmiać. Aby zrozumieć, jak faktycznie działa tworzenie stron internetowych. Błędy to tylko dane. Odpowiednio przetworzone nie są awariami. To są prace badawczo-rozwojowe.

Weź Google Lively.

Zaczęło się w 2006 roku. Cel był prosty. Strony internetowe nie powinny być statyczne. Muszą żyć. Można przeciągać i upuszczać obiekty. Udostępnij ekran w czasie rzeczywistym. Przypominało to pokój rozmów wideo wbudowany w stronę internetową. Pierwsi adopcyjni ją pokochali. Twórcy się tym bawili. Wydawało się, że to kolejna wielka rzecz.

Potem umarła.

Dlaczego? Technologia była zbyt ciężka. To zależało od wtyczek. Użytkownicy nie znosili instalowania oprogramowania tylko po to, aby wyświetlić stronę. Często wylatywała. Nie było wykresu społecznego. Nikt nikogo nie zapraszał do ich przestrzeni Lively. To było samotne. I drogie w utrzymaniu. Google zamknął to w 2008 roku.

Ale przyjrzyj się bliżej.

Funkcje nie zniknęły. Wyemigrowali. Współpraca w czasie rzeczywistym? Jest teraz w Dokumentach Google. Klasa społeczna? Przeniosło się do Orkuta, następnie umarło, a następnie zainspirowało Hangouts, które umarło, a następnie stało się częścią Meet. Koncepcja „stron internetowych jako aplikacji” jest po prostu tym, o co chodzi we współczesnej sieci.

„Live nie było porażką. To był prototyp sieci współpracy, z której korzystamy na co dzień”.

Uważamy, że te produkty są martwe. Oni nie są martwi. Są kompostem. Nawożą glebę.

Lively nauczyła Google, że użytkownicy nie będą instalować wtyczek do funkcji przeglądarki. Nauczyła ich, że media społecznościowe potrzebują istniejących przyjaciół, a nie platformy proszącej o społeczność. Te lekcje stanowią podstawę tego, jak Google tworzy obecnie narzędzia.

To jest wzór.

Google buduje. Łamią się. Wchłania. Powtarza.

Większość ludzi widzi tylko zwycięzców. Gmaila. Karty. YouTube. Nie widzą wysypiska śmieci. Nie widzą prototypów. Nie widzą Lively.

Ale jeśli spojrzysz na to, czego dzisiaj używasz, zobaczysz duchy Lively. Kursory czasu rzeczywistego. Udostępnianie ekranu. Przeciągnij i upuść interfejsy. Wszystko zaczęło się od „porażki”.

Nie jest to charakterystyczne dla Google. Tak działa oprogramowanie. Nie można iteracyjnie ewoluować bez psucia rzeczy. Google po prostu psuje więcej rzeczy niż ktokolwiek inny.

Dlaczego jest to dla Ciebie ważne?

Ponieważ wykorzystujesz resztki. Za każdym razem, gdy wspólnie pracujecie nad dokumentem. Za każdym razem, gdy udostępniasz swój ekran. Za każdym razem, gdy przeciągasz plik do okna przeglądarki. Używasz pozostałości projektu, który umarł.

Lively wyprzedziło swoje czasy. I zostałem w tyle. Była

Google na żywo. Już samo to imię wywołuje specyficzną cyfrową amnezję. Był to wirtualny świat, który zniknął zaledwie sześć miesięcy po jego uruchomieniu w 2008 roku. Nikt wtedy o nim nie mówił. Nawet teraz o nim nie mówią. To podręcznikowy przykład dobrego pomysłu wdrożonego przy użyciu złego oprogramowania.

Podczas gdy Second Life i jego rówieśnicy siedzą teraz na pustyni, żyjąc dzięki nostalgii i upartym użytkownikom, spojrzenie wstecz na Lively ujawnia coś dziwnego. To nie był tylko zły kod. Była to zaskakująco wnikliwa próba zdefiniowania, jak naprawdę wygląda „życie w Internecie”.

Czat 3D, który nigdy się nie ładował

Użytkownicy stworzyli awatary. Spacerowali po trójwymiarowej przestrzeni. Wyglądało to jak hybryda pokoju rozmów i wczesnych gier polegających na budowaniu wokseli – architektura w stylu Minecrafta bez mechaniki przetrwania. Cel był prosty: kontakt z ludźmi. Twórz przestrzenie. Po prostu zabij czas.

Ale wdrożenie było bolesne. Serwer ulega awarii. Opóźnienia. Doświadczenie użytkownika bardziej przypominało wędrówkę po melasie niż unoszenie się w cyfrowej chmurze. Jeśli próbowałeś z niego skorzystać, najprawdopodobniej poddałeś się po kilku minutach.

Jednak podstawowa koncepcja była wykonalna. Pokoje rozmów są podstawą komunikacji internetowej od czasów BBS. Stanowiły cyfrowy odpowiednik kawiarni lub baru. Poszedłeś tam, żeby poznać nieznajomych. Udałeś się tam, aby znaleźć plemiona, które nie istniały w twoim fizycznym kodzie pocztowym. Trendy się zmieniają. ChatRoulette przeżyło moment wirusowego szaleństwa. Czaty wideo wreszcie dotrzymują obietnic złożonych w latach 90. Ale Lively próbowała uchwycić tę dynamikę w trwałej przestrzeni trójwymiarowej.

Przejdź z „miejsc” do „kanałów”

Tutaj chronologia staje się interesująca. Problem Lively nie dotyczył tylko technologii. Znalazła się w niewłaściwym czasie. Zakładała, że ​​Internet nadal jest miejscem, do którego się udajesz.

Na początku miało to sens. Sieć była granicą. Połączyłeś się, aby udać się gdzie indziej. Lively oferowało cyfrowe wrażenia z klubu nocnego. Wirtualny park. Sposób na ucieczkę od prawdziwego świata poprzez zbudowanie innego.

Ale sieć społecznościowa zmieniła zasady. Facebooku. Świergot. Reddit. Platformy te nie prosiły Cię o wymyślanie nowych obszarów geograficznych. Poprosili cię o zaimportowanie prawdziwego życia. Przestaliśmy spotykać nieznajomych w otwartych przestrzeniach cyfrowych i zaczęliśmy spotykać się z nimi poprzez wspólne połączenia. Internet przestał być miejscem docelowym, a stał się infrastrukturą świata, w którym już żyjemy.

Lively próbowała ci sprzedać ucieczkę. Media społecznościowe nowej generacji sprzedały ci lustro.

9: Odpowiedzi Google

Dziedzictwo tamtej epoki to nie tylko nieudane wirtualne światy. Jest w narzędziach, które je zastąpiły. Odpowiedzi Google były prekursorem innego rodzaju rozwiązania niż pytanie „komu mogę zaufać?” problem, który nękał wczesne interakcje online.

Wraz z rozwojem sieci potrzeba przypadkowych, anonimowych spotkań 3D nie zniknęła – została po prostu pogrzebana pod warstwami zweryfikowanych profili i kanałów algorytmicznych. Nie chcemy już wędrować po ciemnych, niemoderowanych cyfrowych pokojach. Chcemy wyselekcjonowanych przestrzeni. Chcemy wiedzieć, kto jest blisko nas.

Lively było marzeniem, które nie mogło przetrwać rzeczywistości opóźnień serwerów. Jednak jego niepowodzenie uwypukliło zmianę, która nadal kształtuje nasze cyfrowe życie. Nie

Przestaliśmy gonić za mitem „odpowiedzi”, gdy Google stał się natychmiastowy. To nie stało się z dnia na dzień. Było to powolne uświadomienie sobie, że uniwersalna linia porad nie działa.

Wieśniak! Odpowiedzi wciąż istnieją. Ludzie tego używają. Ale nie do szukania faktów. Uwielbiają tę dziwność. Wartość rozrywkowa nieznajomych kłócących się na wysoce specjalistyczne tematy. Jeśli naprawdę potrzebujesz danych, nie publikujesz prośby na forum publicznym. Udajesz się do specjalistycznej witryny. Napisz do znajomego w wiadomościach prywatnych. Ufasz swojej sieci bardziej niż przypadkowemu freelancerowi.

Ta zmiana nie miała wyłącznie charakteru behawioralnego. Miało charakter strukturalny. Przeszliśmy od modelu scentralizowanego do rzeczywistości zdecentralizowanej. Stary model zakładał, że jedna platforma może wiedzieć wszystko. Google udowodniło, że nie musi wiedzieć wszystkiego. Musiał tylko zindeksować wszystko inne.

Dlaczego płatne usługi poczty elektronicznej zawiodły

Kilka startupów próbowało zarobić na tej luce. ChaCha. AskJeeves (później Ask.com). Google Answers (później anulowane i zastąpione modelem odpowiedzi AdSense).

Premia była prosta. Zadaj dowolne pytanie. Zarabiaj od tej osoby za udzielenie odpowiedzi.

Na papierze brzmiało to logicznie. W praktyce brzmiało to szalenie.

Proszenie kogoś, aby przeprowadził za Ciebie wyszukiwanie w Google, jest złym manierem. To także okropny biznes. Płacisz za coś, co użytkownik końcowy może zrobić sam w trzy sekundy. Propozycja wartości zawaliła się pod własnym ciężarem.

W Odpowiedziach Google zastosowano model aukcji. Freelancerzy targowali się o pytania. Wygrywa najniższa cena lub najszybsza reakcja. To zmieniło wiedzę w wyścig towarowy w dół.

„Proszenie kogoś, aby przeszukał Cię w Google, to oczywiście zła forma, ale to też głupi interes”.

Okno przejścia

Nie zawsze było to oczywiste. W okresie od kwietnia 2002 r. do listopada 2006 r. usługa miała swój własny cel.

Wyszukiwarki działały wolniej. Algorytmy były mniej złożone. Nie było czegoś takiego jak doświadczenie „zero kliknięć”. Użytkownicy potrzebowali pośredników. Potrzebowali trochę kuracji. Potrzebni byli ludzie, którzy wiedzieli, gdzie szukać.

To okno zostało zamknięte. Indeks Google wzrósł. Udoskonalono algorytmy rankingu. Sama przeglądarka zaczęła oferować autouzupełnianie, powiązane wyszukiwania i natychmiastowe definicje. Tarcie zniknęło.

Po co płacić człowiekowi, skoro maszyna robi to dobrze w 95% przypadków? I po co płacić za te 5%, skoro szybkie wyjaśnienie Twojej prośby poprawia sytuację?

Co dalej?

Lekcja nie zawierała odpowiedzi. Lekcja była dostępna.

Nie potrzebujemy ludzi, którzy znajdą coś dla nas. Potrzebujemy narzędzi, które pomogą nam znaleźć rzeczy dla siebie. Przejście od „usług odpowiedzi” do „wyszukiwarek” oznaczało koniec ery pośredników.

Teraz szukamy innych modeli. Wyselekcjonowane biuletyny. Asystenci AI, którzy syntetyzują informacje, a nie tylko je wyszukują. Społeczności, które filtrują szum zamiast generować pytania.

Uniwersalna odpowiedź zniknęła. Niech żyje konkretna prośba.

8: Reklamy w Google Print i Google Radio

Ta sekcja stanowi punkt zwrotny. Opuszczamy rynek w poszukiwaniu „ludzkich odpowiedzi”. Wchodzimy na rynek treści wspieranych reklamami.

Google nie tylko zamknął swoją usługę sekretarki. Zmieniło to sposób monetyzacji treści. Reklama w druku. Reklama radiowa. Cyfrowe rozszerzenia nośników fizycznych.

Infrastruktura potrzebna do tej zmiany była już gotowa. AdSense. Możliwość umieszczenia ukierunkowanej reklamy obok treści. Jednak integracja z tradycyjnymi typami mediów była nowością.

Nie chodziło już tylko o linki tekstowe. To

Chęć zarabiania na Internecie nie ograniczała się do ekranów. Google, patrząc na ogromne ilości zgromadzonych danych, dostrzegł nowe, niewykorzystane terytorium: świat fizyczny. Logika była prosta. Jeśli wiesz, co ludzie kupują w Internecie, wiesz, czego chcą w prawdziwym życiu. Firma podjęła próbę eksportu swojego systemu precyzyjnego kierowania do reklam drukowanych i radia, oferując umierającym branżom ratunek w postaci niezwykle szczegółowych danych o odbiorcach.

To było odważne posunięcie. Przynajmniej pewny siebie.

Google zasugerował, że jego zastrzeżone wskaźniki można przenieść do innych mediów. Chcieli zapewnić ten sam poziom szczegółowej wiedzy o konsumentach nabywcom reklamy zewnętrznej i osobistościom radiowym. Ale świat reklamy offline to nie tylko wolniejsza wersja Internetu. Działa w oparciu o inne mechanizmy zaufania.

Dyrektorzy tradycyjnych mediów nie oddali kluczy. Sceptycznie odnieśli się do pomysłu umożliwienia technologicznemu gigantowi ustalania miejsca docelowego reklamy na podstawie śladów cyfrowych, co wydawało się ryzykowne. Co więcej, mierzenie sukcesu było koszmarem. W Internecie możesz śledzić kliknięcie. W druku? Po prostu zgadujesz.

Tłumaczenie nie powiodło się. Wskaźniki, które sprawdziły się w przypadku reklam banerowych, nie nadawały się do wkładek do gazet. Zwrot z inwestycji był zbyt niejasny. Dlatego Google wycofał się do swojej podstawowej kompetencji. Zapisał swoje dane. Utrzymał dominację. Jednak eksperyment ze źródłami przychodów offline zakończył się fiaskiem, udowadniając, że niektórych rzeczy nie można skalować w mediach.

Podczas gdy Google umacniał swój internetowy monopol, wyłaniała się kolejna warstwa społeczna. Nie chodzi o pieniądze reklamowe, ale o intymność.

7: Zbijak

Zanim „lokalizacja” stała się modnym określeniem na szpiegowanie znajomych lub kierowanie reklam do kawiarni, istniał Dodgeball. Uruchomiona w 2000 roku przez Dennisa Crowleya i Nabila Hiatta nie była platformą reklamową. Była to sieć społecznościowa oparta na geolokalizacji.

Esencja była prymitywna, ale rewolucyjna. Zameldowałeś się w zakładzie. Twoi znajomi mogą zobaczyć, gdzie jesteś. Był to poprzednik Foursquare, który z kolei utorował drogę wszystkim pobliskim funkcjom w dzisiejszych aplikacjach.

Dlaczego jest to ważne teraz? Ponieważ Dodgeball udowodnił, że ludziom zależy na ich fizycznej lokalizacji w przestrzeni cyfrowej. Nie chodziło tylko o zakupy. Chodziło o status. O mówieniu: „Jestem tutaj. A ty?”

Google ostatecznie kupił Dodgeball w 2005 roku. Była to część szerszej strategii łączenia się z danymi ze świata rzeczywistego. Zamiast jednak od razu włączyć to do sprzedaży reklam, zostawili to w spokoju. Zbudowali infrastrukturę. Zebrali dane geoprzestrzenne, które później wykorzystali w Mapach Google i wyszukiwarce lokalnej.

Dodgeball nie generował wielomilionowych przychodów, takich jak podstawowa działalność Google w zakresie wyszukiwania. Uchwycił jednak coś trudniejszego do określenia ilościowego: nawyk. Nauczył użytkowników udostępniania swojej lokalizacji. To znormalizowało pogląd, że Twój telefon wie, gdzie jesteś i to jest w porządku.

Przejście z gry Dodgeball na szersze usługi lokalne Google podkreśla subtelną zmianę zamierzeń. Wczesne technologie geolokalizacji miały charakter społecznościowy. Później stały się komercyjne. Punkty danych nie uległy zmianie. Aplikacja uległa zmianie.

Crowley i Hiatt stworzyli narzędzie komunikacji. Google nabyło narzędzie do kontekstu.

Z perspektywy czasu często zatracamy to rozróżnienie. Uważamy, że obecny stan wyszukiwania lokalnego jest nieunikniony. Nie widzimy lat eksperymentów, nieudanych kampanii reklamowych offline…

Paradoks zbijaka

Pomińmy Androida. To zbyt oczywiste. Zamiast tego spójrzmy na Dodgeball.

Google kupił to w maju 2005 roku. To oni otrzymali technologię. Mają współzałożyciela, Dennisa Crowleya. Wydawało się, że będzie to łatwe zwycięstwo. Sieć społecznościowa oparta na geolokalizacji pojawiła się na długo przed tym, zanim smartfony stały się powszechnie znanym zjawiskiem. Ludzie nosili „cegiełki” z małymi ekranami. Sprzęt pozostał w tyle za wizją.

Crowley odszedł po dwóch latach. Zawiedziony. Odszedł i stworzył Foursquare.

Dlaczego Google poniósł tutaj porażkę? Czas był niewłaściwy. Pomysł wyprzedził swoją epokę. Ale koncepcja nie jest martwa. Ona ewoluowała.

Od grywalizacji do użyteczności

Foursquare wystartował dzięki odznakom. Tytuł „burmistrza”. Okulary. To była gra. Użytkownicy okazali lojalność w imię statusu cyfrowego.

Ostatecznie Google wypuściło Latitude. Facebook wypróbował Miejsca. Ani jedno, ani drugie nie zapaliło się tym samym ogniem.

Nie dotarli do celu.

Grywalizacja wymiera. Użyteczność pozostaje.

Użytkownicy przestali meldować się o plakietki. Zrobili to, bo tak było szybciej. Łatwiejsze niż pisanie tweeta. Lub zaktualizuj Facebooka.

Motywacja uległa zmianie. Nie chodziło o wirtualną nagrodę. A co do szybkości połączenia.

Nowy standard

Oznaczanie lokalizacji stało się powszechne.

Stały się nawykiem. Nie w hobby.

Spójrz na Instagram. Tagi lokalizacji są wbudowane w proces przesyłania zdjęć. Robisz zdjęcie. Umieść znak. Publikujesz to. Brak osobnej aplikacji. Bez dodatkowego wysiłku.

To jest prawdziwa paralela, która rozgrywa się na naszych oczach.

Znacznik lokalizacji nie zastępuje rzeczywistości. Uzupełniła to.

Automatycznie i niewidocznie mapujemy nasze życie na cyfrową siatkę.

Dodgeball próbował stworzyć platformę. Foursquare utworzył grę. Rynek stworzył tę funkcję.

Tak kończą się te historie. Nie z wielkim hukiem. I jednym kliknięciem.

6: Jaiku

Twitter nie tylko wygrał wojnę krótkich postów. Zniszczył swoich konkurentów. Pod koniec 2008 roku wynik był przesądzony. Google przejął Jaiku w październiku 2007 roku. Fiński startup nazwał swoją usługę w poetyckiej formie, ponieważ aktualizacje musiały być krótkie. Prawie jak haiku. Ale użytkownicy nie przejmowali się sprytnymi nazwami. Ważne było dla nich, kto jeszcze komunikuje się online. I wszyscy komunikowali się na Twitterze.

Podział między Google i Jaiku nie był czysty. Krążyły pogłoski o tarciach wewnętrznych. Ale to nie miało znaczenia. Platforma stała się open source w 2009 roku. Dziwną decyzją technologicznego giganta jest oddanie za darmo swojego nieudanego projektu. Ale wtedy Jaiku był już duchem. Google oficjalnie ogłosiło swoje zamknięcie w 2011 roku. Światła zgasły 15 stycznia 2012 roku.

Pomyśl o tym, co może się wydarzyć dalej. MySpace stał się cyfrowym archiwum nieznanych zespołów. Jego instrumenty muzyczne przetrwały funkcje społeczne. Jaiku miał ten sam potencjał. Mógłby ewoluować w coś niszowego. Coś przydatnego. Zamiast tego po prostu zniknął. Nigdy nie dowiemy się, kim mógł się stać.

Dlaczego Notatnik Google zniknął tak cicho

Potem był Notatnik Google. Po prostu istniał. Niezauważone. Niezauważony przez większość ludzi, którzy nie musieli wycinać cytatów z artykułów. To był prosty instrument. Podkreśliłeś tekst. Trzymali to. Uporządkowałeś swoje myśli. Nie śledziło Twojej lokalizacji. Nie narzucałem reklamy. Po prostu pracował.

Ale nie pracował wystarczająco dobrze, aby przeżyć. Google zabił Notatnik w 2012 roku. Dokładna data jest niejasna. Powody są jaśniejsze. Pojawienie się rozszerzeń przeglądarki zmieniło wszystko. Narzędzia takie jak Evernote i Instapaper zaczęły zdobywać ten rynek. Byli szybsi. Lepiej integrowały się z innymi aplikacjami. Notatnik wydawał się nieporęczny. Wydawało mi się, że to raczej cecha niż produkt.

Pojawienie się alternatyw

Dlaczego użytkownicy opuścili Notatniki? Odpowiedź jest prosta. Wygoda.

  • Łatwość dostępu: Rozszerzenia znajdują się na pasku narzędzi. Notebook wymagał logowania i osobnego interfejsu.
  • Synchronizacja między platformami: inne narzędzia natychmiastowo synchronizują się na różnych urządzeniach. Notatnik pozostał w tyle.
  • Rozbudowa funkcjonalności: Konkurenci dodali wycinanie obrazów, adnotacje w formacie PDF i aplikacje mobilne. Notatnik pozostał nieruchomy.

Google starał się dotrzymać kroku konkurencji. Ale Notebook nigdy nie otrzymał zasobów, aby konkurować. To był projekt poboczny. Kiedy rynek się poruszył, został w tyle.

Co straciliśmy

Wycinanie informacji było kiedyś działaniem świadomym. Zatrzymałeś się. Wyróżnili to. Zapisano. Wyglądało to na celowe działanie. Teraz pozostaje nam tylko zaznaczyć tekst i mieć nadzieję, że synchronizacja z chmurą będzie działać. Tarcie zniknęło. Ale i praca kuratorska zniknęła.

Notatnik był reliktem prostszych czasów. Czas, w którym Google stworzył narzędzia dla zaawansowanych użytkowników. Nie tylko dla mas. Nie ma go. Podobnie Jaiku. Podobnie jak wiele innych eksperymentów Google.

Koniec wzorca wsparcia

Spójrz na oś czasu.

  1. 2007: Przejęcie Jaiku.
  2. 2009: Jaiku staje się oprogramowaniem open source. Dominuje Twitter.
  3. 2011: Rynek notebooków zaczyna powoli spadać.
    4

Dokumenty Google ostatecznie stały się narzędziem do współpracy przy dokumentowaniu, jakim miała być Wave, ale ten sukces nie wyjaśnia, dlaczego Google nie stworzył jeszcze menedżera danych osobowych, który mógłby konkurować z Evernote. Logika wydaje się oczywista. Jeśli możesz wyciąć fragment z Internetu i cytować go podczas pracy, stanie się to kluczową funkcją. Zwłaszcza jeśli jest zintegrowany bezpośrednio z przeglądarką.

Jednak Google wielokrotnie próbował stworzyć to konkretne narzędzie. Konsekwentnie nie udało im się dotrzeć do odbiorców nastawionych na produktywność.

Dlaczego? Zwykle dlatego, że krzywa uczenia się jest zbyt stroma lub interfejs jest przeciążony. Na rynku przechowywania faktów, cytatów i drobnych zadań nadal dominują aplikacje z minimalną liczbą rozszerzeń i prostym zestawem funkcji. Kiedy wszystkie Twoje dane znajdują się już w chmurze, możliwość synchronizacji między domem, biurem i telefonem nie jest już wyróżnikiem. To tylko podstawowe oczekiwanie.

Błąd związany z funkcją udostępniania materiałów

Potem pojawiła się funkcja Shared Stuff. Już sama nazwa sugeruje brak poważnej strategii brandingowej. Próbowała wypełnić lukę między Dokumentami Google a Notatnikiem Google, udostępniając publicznie wycinki. Był pełen błędów i nigdy nie stał się pełnoprawną częścią ekosystemu Google.

Rezultatem jest coś gorszego niż aplikacja do tworzenia zakładek społecznościowych.

Platformy takie jak Delicious robią to lepiej, podkreślając „społeczny” aspekt tworzenia zakładek. Niezależnie od tego, czy jest to Delicious, Reddit czy BuzzFeed, wartość nie leży tylko w samym linku. Jest w komentarzach. To, co Ty i Twoi znajomi mówicie na temat treści, jest ważniejsze niż sama treść.

Google ostatecznie wchłonął odpowiednie fragmenty Notatnika i Shared Stuff, integrując je bezpośrednio z Czytnikiem Google. Porzucono chęć tworzenia produktów indywidualnych.

4: Google Buzz

To prowadzi nas do kolejnego nieudanego eksperymentu dotyczącego włączenia społecznego.

Cicha śmierć Google Buzza

Nie wystartował z hałasem i patosem. Nawet nie zapytał o pozwolenie.

W lutym 2010 r. Google umieścił Google Buzz w Gmailu niczym niespodziewany gość na spokojnej rodzinnej kolacji. Pojawiła się jako nowa karta w Twojej skrzynce odbiorczej. Tak, możesz zrezygnować, ale większość ludzi nie zauważyła przycisku wyciszenia, dopóki kanał społecznościowy nie zaczął się przewijać.

Co kryło się za tą kurtyną?

W zasadzie był to Czytnik Google nałożony na maskę.

Pamiętasz Czytnik Google? To był ostatni świetny klient RSS. Przejrzysty, tekstowy interfejs do śledzenia blogów i aktualności. Pracował. Ludzie go kochali. Potem świat poszedł dalej.

Standard RSS zaczął się rozpadać. Użytkownicy przenieśli się do kuratorów tabletów, takich jak Google Currents (tymczasowo), a ostatecznie do aplikacji agregujących. To przejście miało miejsce już przed pojawieniem się Buzza.

Dlatego Google przyjął umierający format. Zamienił to w tarcia społeczne. Dodał folder, który właśnie się powiększył.

Każdego ranka.

Licznik „Nieprzeczytanych” rósł. Nie dlatego, że zaniedbałeś swoje obowiązki, ale dlatego, że taśma nigdy się nie zatrzymywała. To stworzyło tło, podświadomy stres. Cyfrowa pętla niepokoju.

„Być może, gdyby Google Buzz wprowadził jakiś system nagród za przetwarzanie – niegdyś przyjemnych! – aktualizacji z naszych ulubionych witryn, poradziłby sobie lepiej”.

Nie oferował żadnych nagród. Zasugerował hałas.

Pod koniec 2011 roku Google zamknął tę usługę.

Cykl czytelniczy ponownie się zmienił. Przestaliśmy czytać blogi w klientach pocztowych. Zaczęliśmy czytać czasopisma na urządzeniach, które wyglądały jak czasopisma. iPad, Kindle Fire, tablety z Androidem.

Forma narzucała treść. A Buzz? Był po prostu kolejnym folderem, którego nikt nie otworzył.

3: Alternatywy dla Wikipedii

Eksperyment Wikipedii, który nigdy nie miał miejsca

Przeszłość jest trochę mglista, ale prawdopodobnie pamiętasz czasy, gdy „wiki” wydawały się dominującą siłą kulturową samą w sobie, tuż przed przejęciem władzy przez Wikipedię. Obecnie społeczności fanów telewizji i niszowe centra informacyjne nadal korzystają z wiki. Są wypełnione faktami, redagowanymi i potwierdzanymi przez użytkowników, na temat tego, co kochają. To jest poziom podstawowy. Tym, co czyni Wikipedię wyjątkową, nie jest sama koncepcja. Chodzi o jej rozmiar i zaangażowanie na rzecz społeczności.

Pomimo nalegań nauczyciela angielskiego w szkole średniej, aby było inaczej, fakt, że „każdy” może edytować stronę, nie unieważnia tej informacji. Cała przyjęta wiedza jest tworzona przez komitet. Tak działa praca.

I to prowadzi nas do Google.

Google nie tylko obserwował sytuację z boku. Począwszy od lata 2008 roku uruchomili serię dodatków do Wikipedii i alternatywnych projektów. Próbowali stworzyć alternatywy dla Wikipedii, które mogłyby konkurować z gigantem. Szukaj w Wiki. Knol. SideWiki. Schemat był jasny: nie mogli wygrać, nie mogli się przyłączyć i w końcu się poddali.

Knol miał być zbiorem artykułów pisanych przez użytkowników. Wyglądało to na bezpośrednie wyzwanie. SearchWiki umożliwiło użytkownikom sortowanie i opisywanie wyników wyszukiwania. Była to próba osadzenia społeczności w podstawowym produkcie. SideWiki było rozszerzeniem przeglądarki umożliwiającym bezpośrednie dodawanie adnotacji do stron internetowych. To był pasek boczny komentarza.

Jakakolwiek próba stworzenia alternatywy dla Wikipedii jest od początku skazana na trudności. Nawet projekt prowadzony przez ulubionych użytkowników Google nie był w stanie dorównać sile crowdsourcingu. Efekty sieciowe są brutalne. Knol został zamknięty w maju 2012 roku.

Dlaczego mu się nie udało?

Być może, gdyby były jakieś nierozstrzygnięte problemy z interfejsem Wikipedii, Knol miałby szansę. Ale Wikipedia jest solidna. Oferuje wystarczającą użyteczność dla użytkowników na wszystkich poziomach. Masz nowicjusza szukającego „co to jest pszczoła”. Masz eksperta poprawiającego literówkę w artykule na temat Apis mellifera. Obie osoby mogą wyszukiwać i przekazywać informacje. Często jednocześnie. To całkiem niesamowite, kiedy się nad tym zastanowić. Każdy jest mile widziany.

SearchWiki miało swoje problemy. Użytkownicy nie chcieli ingerować w bezpłatne wyniki wyszukiwania Google. To było jak wtargnięcie. Pod koniec 2010 roku został zastąpiony systemem gwiazdowym. Nadal nie kleiło się.

SideWiki spotkał inny los. Użytkownicy nigdy nie zaczęli aktywnie używać paska bocznego do komentowania stron internetowych. Tarcie było zbyt duże. Google zakończył wsparcie we wrześniu 2011 r.

Lekcja nie była trudna. Nie pokonasz społeczności, tworząc lepszy interfejs. Można to pokonać, mając samą społeczność. Google to znalazło. W końcu.

2: Google Video

Serwis Google Video próbował zablokować YouTube. Miały elegancki interfejs. Mieli inteligentne algorytmy. Miały jednak fatalną wadę: nie musiały istnieć.

Pomyśl o wczesnym YouTube jako o chaotycznej, tworzonej przez tłum energii Wikipedii. Reputacja użytkowników wysunęła najlepsze treści na pierwszy plan. Serwis Google Video tego nie zarejestrował. Zamiast tego wybrała drogę ścisłej selekcji kuratorskiej. Stało się bardziej podobne do Vimeo. Magazyn, a nie ulica.

Google ostatecznie kupił YouTube za 1,65 miliarda dolarów w formie akcji. Konflikt zakończył się więc uściskiem dłoni.

Jednak historia okazuje się bardziej złożona niż zwykła transakcja przejęcia.

Pochodzenie transkrypcji

Usługa Google Video nie została wprowadzona na rynek w styczniu 2005 roku jako usługa hostingu wideo. Zadebiutowała jako sposób na przekształcenie programów telewizyjnych w transkrypcje tekstowe z możliwością przeszukiwania. Chodziło o dane, a nie o przeglądanie.

Latem 2005 roku dodano możliwość pobierania. Potem przyszło dzielenie się. W ciągu roku całkowicie porzucili pomysł transkrypcji.

Google nie porzucił całkowicie transkrypcji. Do 2012 roku były one dostępne w przypadku niektórych filmów w serwisie YouTube.

Nieprawidłowy stos technologii

Serwis Google Video miał niewielkie szanse na przetrwanie. Może wygrać dzięki doświadczeniu użytkownika. Facebook zrobił to raz z czystym interfejsem.

Zamiast tego Google Video wprowadziło zastrzeżony typ pliku. I twój własny odtwarzacz.

Nagle trzeba było zrobić więcej, aby stworzyć treść. I więcej wysiłku, aby to skonsumować.

Rozszerzenia plików i odtwarzacze multimedialne zaczynają się od czegoś. To prawda. Ale to zła strategia, gdy walczysz z YouTube. YouTube był już standardem. To było już łatwe w użyciu. Kluczową miarą stała się przenośność między urządzeniami. Serwis Google Video zignorował to.

Wynajem czynszu i archiwum statyczne

Po przejęciu YouTube Google podjął próbę rebrandingu usługi. Nie udało się.

Następnie serwis Google Video ponownie zmienił kierunek. Stało się usługą wypożyczania wideo.

To stawia go w bezpośredniej konkurencji z Netfliksem. Facet, który już wygrał.

To nie zadziałało. Dlatego Google Video powróciło do swojej roli analoga do YouTube. To dobra wiadomość dla tych, którzy już zamieszczają tam treści.

Pobieranie jest teraz wyłączone. Witryna jest statycznym zbiorem filmów. Służy jako dowód krótkiego okresu. Wysiłek wart miliard dolarów, aby zaspokoić potrzeby społeczności.

Ostatecznie prawdopodobnie zostanie ponownie zintegrowany z YouTube. Archiwum na razie pozostało.

1: Google Wave

Dlaczego usługa Google Wave poniosła porażkę: studium przypadku dotyczące wzrostu funkcjonalności

Wave nie był tylko porażką. Była to największa i najbardziej spektakularna porażka Google’a w dotychczasowej historii.

Zawierał niepotrzebne funkcje, które nie miały sensu. Starała się być wszystkim dla wszystkich. Celem była masowa dystrybucja treści. Wyobraź sobie brzydkiego starszego kuzyna Google+. Google+ wciąż próbuje przejąć media społecznościowe. Fala już dawno nie żyje. Czas jej pogrzebu minął wiele lat temu.

Chcesz wysłać e-mail? Jest Gmail. Skorzystaj z tego. Ale Wave zaproponował inną ścieżkę. Być może wysłałeś e-maile w sposób sprzeczny z intuicją. Odbiorcami byli często myląca mieszanka ludzi.

Możesz zamienić e-mail w piosenkę. Lub w filmie. Sama komunikacja może składać się z tych elementów. Możesz śledzić użytkowników wchodzących i wychodzących ze strumienia w tym samym czasie. Nigdy nie było wiadomo, kto tak naprawdę się komunikuje. Albo czy ktoś śledził rozmowę od samego początku.

Paski boczne były zawsze aktywne. Stworzyli ciągły stan paranoiczny. Wyglądało na to, że wszyscy obgadywali cię za twoimi plecami.

Połącz te elementy z opóźnieniami w czacie. Dodaj niezręczność społeczną. Łącz problemy ze współpracą z dokumentami online. Dodaj wojny płomieni. Dodaj dyskomfort związany ze spotkaniami z przyjaciółmi z pracy i przypadkowymi przyjaciółmi w tej samej przestrzeni. Wave połączył wszystkie najgorsze aspekty w jedną aplikację. Nikt nie wiedział, jak z niego skorzystać.

Właściwie nie było tak źle.

Oczekiwania przesłaniają wartość. Dzieje się tak w przypadku produktów Apple. To zdarza się prezydentom. Płacimy za przeciętne projekty i zarzekamy się, że są najlepsze. Czujemy się pokonani przez darmowe produkty i nazywamy je najgorszymi, jakie kiedykolwiek stworzono.

Fala wpisuje się w ten wzór.

Został uruchomiony poprzez system zaproszeń w 2009 roku. Z tego modelu korzystał także Google Voice. Głos przeniknął kulturę. Pierwsi użytkownicy robili salta w tył w dniu premiery. Rozmawiali o tym przez dwa tygodnie przed premierą i dwa tygodnie po niej.

To ryzykowna strategia. Fala nie miała uniwersalnego zastosowania. Badanie trwało ponad dwa tygodnie. Nawet zagorzali fani Google mieli trudności z nauką.

Nawet doświadczonym programistom trudno jest wyjaśnić przeciętnym użytkownikom, dlaczego Wave był tak niekochany.

Częścią tego jest złożoność kodu. Dokładne powody, dla których nie zintegrowano go z innymi produktami Google, mają charakter techniczny. Dla większości użytkowników nie ma to znaczenia.

Częścią tego jest efekt ostrej reakcji na wysokie oczekiwania. Wysokie oczekiwania prowadzą do ostrzejszej krytyki.

Prawdopodobnie rolę odegrał czynnik „właściwe miejsce, niewłaściwy czas”.

Funkcje, które ludziom naprawdę podobały się w Wave, nie zniknęły. Prawdopodobnie pojawią się w przyszłych projektach. Lub w wyniku przejęć. Wrak porzuconych produktów to „Wyspa zagubionych zabawek” Google. Te fragmenty zostały wybrane. Są wytarte z kurzu. Są one zintegrowane z nowymi konfiguracjami.